HANTLE.MRAGOWO.PL

Forum dyskusyjne
It is currently September 6, 2010, 2:04 am

All times are UTC





Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 
Author Message
PostPosted: 2007-05-04 16:58:10
Online
Registered User

Joined: 2007-05-04 16:58:10
Mozna przeczytac tez tu:
http://lukasz.marks.net.pl/relacje/048KarpaczMTBMarathonRelacja.htm
W skrocie:
Maraton "na zmeczonego" - czemu nie? Rano rzeskie
powietrze i piekny widok na osniezone szczyty. Czy na
Dwoch Mostach bedzie jeszcze snieg, czyli jak sie
ubrac? Mata na starcie i 2 czipy na nodze. Czyzby cos
sie ruszylo w kwestii pomiaru czasu? Pierwszy podjazd
- gdzie oni tak pedza? A ja? Czy mam przyczepione
wiadro z betonem na lancuchu? Tlok, kurz i trzesawka
na zjazdach - szkoda bidonu z podpisem Garego.
Piotrek ucieka. Dzieki Mariusz, nie ma jak dobry
"target". Jak wykonczyc psychicznie kogos, kto konczy
GIGA - spytac, czy konczy MEGA! Ostatnie 10
kilometrow wymyslil jakis sadysta. " I co ja robie
tu? . Co ty tutaj robisz?".
A oto szczegoly:
Czy ktos chce poczytac, jak nie nalezy spedzic
ostatnich 2 tygodni przed pierwszym  w sezonie
gorskim maratonem? Sluze! W okresie pomiedzy 14 a 7
dni przed maratonem (a bezposrednio po poprzednim)
trzeba malo spac, duzo pracowac w stresie, absolutnie
unikac wysilku fizycznego, jadac byle co i byle jak.
Potem, na tydzien przed maratonem, trzeba sobie
koniecznie przypomniec, ze istnieje taki sprzet jak
rower. I starac sie nadrobic stracony czas. Z
kulminacja tuz przed maratonem. Duzo roweru w dosc
ciezkich warunkach i jeszcze dlugie spacery czesciowo
z dzieckiem na barana.  Swiezosc na starcie
gwarantowana! Friel sie nie zna!
Nie, zebym sie uzalal. To byla w koncu moja,
suwerenna decyzja. Okazalo sie, ze w tym sezonie, po
nieudanym starcie w Nieporecie, zmieni sie chyba
troche moje podejscie do startow w maratonach. Tych
kilka dni przed Karpaczem spedzilem w okolicach
Suchedniowa. Bardzo fajne tereny na rower.
Stwierdzilem, ze mam ochote pojexdzic i tyle! Nie
bede odpoczywal i ladowal akumulatorow. Bede robil to
co lubie, czyli jexdzil po drogach i bezdrozach!
Miedzy innymi probowalem pokonac trase maratonu
Swietokrzyskiej Ligi Maratonowej 2006 w Suchedniowie,
wedlug zamieszczonej w Internecie mapki. Ciekawe, czy
ktos z jej tworcow (BIG_MAZI i di_stefano- czytacie
to?) probowal to przejechac inaczej niz czolgiem?!?
Skonczylo sie na przedzieraniu przez bagna i
wiatrolomy. Umordowalem i siebie i rower, ale warto
bylo!
W kazdym razie, te moje "przygotowania" skonczyly sie
tym, ze czulem sie jak przepuszczony przez maszynke
do miesa. Zeby jeszcze zwiekszyc zamet w glowie, tuz
przed samym startem wymienilem w swoim rowerze dumper
(oryginalny Giant'owski mial slabe tlumienie,
wstawilem starego SID'a) i szybko wymienilem detke,
bo z poprzedniej powolutku schodzilo powietrze. Nie
ma to jak sprawdzony i objechany sprzet! Dobrze, ze
przynajmniej nie zapomnialem napompowac opon na 60
PSI. Karpacz charakteryzuje sie piekielnie szybkimi
zjazdami po ostrych kamieniach, wiec opony trzeba
nabic "na blache", zeby uniknac klopotow. Dziesiatki
ludzi tradycyjnie pompujacych kola, szczegolnie na
zjexdzie z Dwoch Mostow, sa najlepsza przestroga
przed jazda na "flakach".
Tematem poranka bylo ubranie. Pogoda byla dziwna -
pelne slonce, rzeskie powietrze, lekki wiaterek. To
gwarantowalo bardzo duze kontrasty termiczne. W
cieniu zimno, w sloncu goraco. W koncu zalozylem 3
warstwy. Cienka podkoszulke z dlugimi rekawami,
koszulke kolarska z krotkim rekawem i cienka
kamizelke z Windstoperem. Do tego "poxnojesienne"
rekawiczki, grube skarpety i dlugie spodnie. Bylo
idealnie. A na trasie spotykalo sie pelen przekroj
ubran. Od zimowych - dlugie spodnie, grubasne bluzy,
ochraniacze i czapki pod kaskiem - to chyba bylo
przesada i musialo skonczyc sie "splynieciem"
delikwenta, po calkowicie letnie - krotkie spodnie,
koszulka z krotkim rekawem, lekkie rekawiczki - te
mrozily na sam widok.
Niewatpliwa nowoscia maratonu bylo to, ze startujacy
zostali wyposazeni w 2 czipy. Jeden tradycyjny, a
drugi jakiejs nowej slowackiej firmy. Jeden na lewej,
drugi na prawej nodze. Byla to smiala odpowiedx
organizatora na chaos panujacy przy oglaszaniu i
publikowaniu wynikow po Nieporecie. Sie zobaczy!
Przypomnialo mi sie chinskie przyslowie: "Czlowiek,
ktory ma 2 zegarki, nigdy nie jest pewien, ktora jest
godzina". ;-)
Przed startem jak zwykle wypatrywalismy z Piotrkiem
znajomych twarzy. I zastanawialismy sie, dlaczego
ktos postanowil nagle wycofac kilkaset juz
ustawionych na starcie osob o 20 metrow do tylu.
Ponoc z przodu bylo zbyt malo miejsca na sektory. O
11:00 (planowana godzina startu) nic specjalnego sie
nie dzialo. Glosu spikera nie bylo slychac, wiec nie
wiedzielismy, czy i o ile start zostal opoxniony. To
co odroznialo Karpacz od innych maratonow, byla duza
liczba obcokrajowcow (glownie Czechow i Niemcow).
Pewnie dlatego, ze Karpacz jest w tym roku w jakims
cyklu z maratonami w Czechach, Niemczech i Austrii. W
sumie zebralo sie1100 luda!
W koncu okolo 11:20 ruszylismy. "Najpierw powoli, jak
zolw, ociezale, ruszyla maszyna po szynach ospale".
Kazdy start maratonu przywoluje z pamieci ten kawalek
"Lokomotywy" Tuwima. My tez jestesmy jak ta tytulowa
lokomotywa. Rozkreca sie to wszystko bardzo powoli.
Przynajmniej w czesci, gdzie ja zwykle stoje, czyli
pewnie w jakiejs 1/3 stawki. Czolowka pewnie juz
dawno rwie wtedy do przodu. My rozkrecamy sie powoli.
Nie dlatego, ze tak chcemy. Wszystkim wokol
adrenalina az wylewa sie uszami, chcieliby wrzucic
blat i leciec. Ale nie ma jak. Tlok robi swoje. Na
starcie stoimy jak sardynki w puszce. Opona w opone.
Kierownica w kierownice. A do jazdy trzeba troche
miejsca. Wiec musi sie to wszystko ustawic. Odbywa
sie to wsrod zgielku, zamieszania, komentarzy, rozmow
i pozdrowien. Ale szybko wszystko cichnie. I zostaje
tylko czysty wysilek. Przy 90% tetna maksymalnego(a
tyle, albo i troche wiecej, pewnie wszyscy maja na
pierwszym podjexdzie), rozmawia sie nienajlepiej.
Dialogi ograniczaja sie do zdawkowego "Jak dzis
idzie?" rzuconego do mijanego kolegi. I jego
odpowiedzi "Dzis marnie". Albo "Jakos".
A pierwszy podjazd mowi wszystko. Przynajmniej tak
wynika z moich doswiadczen. Tym razem szlo mi bardzo
ciezko. W pewnej chwili powaznie sie zaniepokoilem,
czy ja w ogole dam rade wjechac na gore! Na starcie
postanowilem nie przekraczac 170 na pulsometrze
(czyli 93% HRMax'a). W Nieporecie startowalem na
sporo wyzszych tetnach i to potem chyba kosztowalo
mnie kryzys. A tym razem z dotrzymaniem przyrzeczenia
nie bylo zadnych problemow. Samo "sie dotrzymalo".
Mimo iz jechalo mi sie tak "lekko", jakbym ciagnal na
lancuchu wiadro (albo nawet taczke) z betonem, tetno
za cholere nie chcialo tych 170 osiagnac, nie mowiac
o przekroczeniu. Czyli potwierdzila sie kolejna moja
teoria. Pulsometr na starcie eksploduje - jestem
wypoczety. A jak wskazowka ledwo sie wychyla - jestem
zmeczony. A rok temu bylo tak pieknie! Rwalem pod
gore lekko jak kozica, z tetnem zblizajacym sie do
180 i musialem sobie powtarzac "Wolniej! Wolniej!".
Na koncu podjazdu szybki rachunek sumienia. Piotrek
minimalnie z przodu. Minal mnie na podjexdzie i jego
zolta koszulka majaczyla jakies 10-15 pozycji z
przodu. Inzynier tez chyba z przodu. I Mariusz-
fotograf z lajkonikow tez. I TomekOK z 3-miasta. Ale
inni znajomi z tylu. Moze jakos to jednak bedzie? Byl
to moj pierwszy pobyt w gorach w tym roku i nie
mialem zielonego pojecia, na co mnie stac.
Pierwsze zjazdy uplynely w kurzu i tloku. Zeby tylko
nikt przede mna nie lezal! W takiej sytuacji moze nie
byc nawet czasu, zeby chwycic za klamki. Ale po raz
kolejny stwierdzilem, ze ja to lubie. To
niepowtarzalne wrazenie jechac tak szybko w takim
tlumie w dol. Tego sie nie da przezyc poza maratonem.
Jest niebezpiecznie, jest szybko, jest ciekawie. A
jechanie w takim tlumie na zjazdach ma tez swoj plus.
Wiadomo, ze nie ma na trasie niespodzianek. Ani
grubego drzewa, ani gwaltownego uskoku, ani wielkiego
kamienia, ani jadacego "pod prad" traktora, czy
szkolnej wycieczki za zakretem. Jak sie zjezdza
samemu po nieznanej trasie, to trudno sie czasami tak
wypuscic, jak na maratonie.
Pojawiaja sie pierwsi pechowcy. Ktos z przodu krzyczy
"Uwaga!". Wszyscy hamuja wzniecajac tumany kurzu. Po
chwili mijamy 2 gosci wyplatujacych sie spod rowerow.
Jeden jest strasznie zdenerwowany. Miota w strone
drugiego przeklenstwa. Obok trasy ktos stoi i grzebie
przy kole bez powietrza. O! To Mariusz-fotograf z
Lajkonikow. Nie zdazam nawet rzucic zwyczajowego
"Trzymaj sie!". Splywajacy waska droga potok ludzki
nie pozwala na chwile dekoncentracji.
Dla mnie kulminacyjnym momentem maratonu w Karpaczu
jest podjazd pod Dwa Mosty. Najpierw Sudecka, a potem
Celna Droga. Dluga, asfaltowa droga wije sie
nieprzerwanie pod gore. Jest tylko mala przerwa na
bufet. Tam minalem Inzyniera, ktory, jak potem sie
okazalo, mial jakas paskudna glebe. Po bufecie jest
krotki stromy zjazd. A potem znowu pniemy sie w gore.
Coraz stromiej. Mimo, iz podjazd ten wypada prawie na
poczatku maratonu, to pokonanie go oznacza dla mnie
zawsze wlasciwie mentalny przelom. Wydaje mi sie, ze
potem juz jest zaraz meta. Kolejne podjazdy przyjmuje
z niedowierzaniem, mimo iz znam trase. Dziwne.
W zeszlym roku zaraz po podjexdzie jechalismy okolo
20-30 metrow po mokrym sniegu. W tym roku tylko w
rowie obok trasy ostaly sie tylko jego resztki. Ale
bylo bardzo zimno. Ktos potem mowil o 6-ciu
stopniach.
Za Dwoma Mostami zaczal sie najszybszy zjazd
maratonu. Najpierw po asfalcie, a potem po
kamieniach. Bardzo lubie tam dokrecac i wyprzedzac
innych. Po to czlowiek kupuje sobie fula, zeby sie
nie przejmowac podlozem w takich miejscach. Nie
powiem, ze na fulu jedzie sie tam jak po asfalcie,
ale mozna spokojnie siedziec na siodelku i krecic.
Tylko stukajace  w rame kamienie (czasami tez w noge,
Auc!) swiadcza o szybkosci. W tym miejscu prawdziwy
chrzest bojowy odbyl tez nowy Bomber. Po wielu latach
zmienilem MXC Air ECC 2002 na MX Pro ETA 2007 100mm.
Jest lepiej. Widelec pracuje jakby plynniej i ma
lepsze tlumienie. A system ETA jest moim zdaniem
lepszy od ECC (oba sa systemami blokady widelca,
obnizajacymi glowke ramy, z tym, ze przy wlaczonym
ETA zostaje 3 cm skoku - w sam raz, zeby poczuc
znaczaca roznice na podjazdach i asfalcie, a przy ECC
widelec zapada sie praktycznie do konca i jest
sztywny - przesada).
O tym, ze nie jedziemy po asfalcie, tylko po
kamulcach swiadczylo tez to, ze gdzies w tym rejonie
zgubilem dolny bidon. Szkoda! Po pierwsze: pozbawiony
zostalem polowy picia. Po drugie: bidon byl nie byle
jaki, tylko z podpisem samego Gary'ego Fishera. Z
takim bidonem jexdzi sie 0 20 % szybciej. ;-) A
wszystko przez nowy uchwyt od bidonu. Poprzedni
polegl i kupilem jakies byle-co. Tuz przed startem
doginalem go nawet i sprawdzalem, czy bidon siedzi
dostatecznie mocno, ale jak widac tak nie bylo.
Obiecalem sobie, ze na drugim kolku sprobuje odnalexc
zgube.
Po zjazdach rozpoczela sie seria lekkich podjazdow,
zjazdow i trawersow, Po jakims czasie zorientowalem
sie, ze na podjazdach i na plaskim nie jestem w
stanie jechac na tak twardych przelozeniach, jakbym
chcial. To wlasnie jazda w mysl motta "jak nie idzie,
to zrzuc o oczko nizej z tylu" byla chyba moim
najmocniejszym atutem w zeszlym roku. A teraz jakos
nogi nie dawaly rady. W plucach bylo wszystko OK.
Pulsometr tez nie pokazywal sensacji. A rower szedl
ciezko. Jakby w blocie. A przeciez bylo bardzo sucho.
Musialem zrzucac na miekkie przelozenia, co zaraz
skutkowalo spadkiem szybkosci. Chyba brakuje mi sily.
Nie jest to zreszta takie dziwne, bo w tym sezonie
praktycznie jej nie trenowalem. Jakos nie moglem
zmusic sie do sztangi, czy silowni. Trzeba chyba
odnowic przyjaxn z Agrykola i polatac po niej troche
gora-dol na blacie.
Gdy po maratonie zgralem slad z GPS'a do komputera,
okazalo sie, ze trasa zostala poprowadzona w tym roku
praktycznie identycznie, jak w zeszlym. Byly tylko
dwie minimalne roznice. A w czasie jazdy wydawalo mi
sie, ze jest ich sporo. Wielu miejsc nie
rozpoznawalem. Nie mam kompletnie pamieci do trasy.
Tu niedoscignionym wzorem jest dla mnie Trapez, ktory
zdaje sie pamietac kazdy kamien po drodze.
Po "zartach" na szybkich zjazdach, zaczely sie
"schody". Jechalo mi sie coraz trudniej. Zaczely sie
nawet pojawiac czarne mysli na temat sensu jechania
na GIGA. Przypomnialy mi sie pierwsze maratony, gdzie
pod koniec pierwszej petli zawsze mialem dylematy -
"Jechac czy nie jechac na drugie kolko? Oto jest
pytanie!". Piotrka ani widu, ani slychu. Ostatni raz
mignal mi chyba gdzies na Zachelmiu. Na podjazdach
mijaly mnie tlumy. Jedynym pocieszeniem bylo to, ze
udalo mi sie przejechac praktycznie cala pierwsza
runde bez zsiadania z roweru. Poza krotkim, 10-
metrowym odcinkiem. Nawet strumyk, przez ktory
wszyscy przechodzili po kladce, zaatakowalem z calym
dostepnym mi impetem. Udalo mi sie go pokonac tylko z
minimalna podporka, co jednakowoz oplacilem mokrymi
nogami. Trudno, przeciez wyschna!
Wreszcie pojawil sie rozjazd. W polu widzenia mialem
jakies 10 osob. O dziwo prawie wszyscy skrecali w
prawo. Czyli na GIGA. Zwykle skrecajacy na dlugi
dystans stanowia zdecydowana mniejszosc. Znowu poziom
rosnie - pomyslalem. Meta ciagnela jak magnes. Jednak
przemoglem sie i skrecilem w prawo. Czulem, ze jest
marnie i nie mialem nawet odwagi zadac zwyczajowego
pytania: "Ktory jestem?".
Po rozjexdzie jakos przestalem sie mazac i rozmyslac
nad marnoscia mojego polozenia, bo bylo jasne, ze juz
mnie nic nie uratuje przed zmasakrowaniem organizmu.
Co ma byc kryzys, to bedzie. Przeciez sie nie
wycofam! Zjadlem zel, poczulem sie jakos lepiej i
nawet zaczalem myslec o przyspieszaniu. I wtedy
uslyszalem z tylu sakramentalne "Czesc Luki!". To byl
Wiliam. Nic tak nie doluje, jak kolega doganiajacy
cie na trasie w momencie, gdy wydaje ci sie, ze
jedziesz szybko i dobrze. Zaraz tez pojawil sie z
tylu drugi Mariusz z lajkonikow. No to ladnie! Maja
mnie i tyle. Jakos rzadko zdarza mi sie tak, zeby
udalo sie uciec komus, kto mnie dogania. Jak juz mnie
dojdzie, to zwykle scenariusz jest taki sam. Najpierw
kilka kilometrow jazdy razem. Potem, mimo heroicznych
wysilkow, GAME OVER. Zostaje sam.  No chyba, ze trafi
sie jakis trudny zjazd. Wtedy zwykle znowu jestem
gora. Ale kolejne podjazdy zalatwiaja sprawe.
Tym razem jednak obecnosc kolegow podzialala chyba na
mnie pozytywnie i zmobilizowala mnie. Postanowilem
jechac za Mariuszem, chocbym nawet mial sie porzygac
z wysilku. Niewiele zreszta do tego brakowalo. Na
Drodze Sudeckiej Mariusz rwal do przodu jak szalony,
a nawet usilowal mnie zgubic kilkoma silniejszymi
szarpnieciami. Potem sie tlumaczyl, ze nie widzial,
ze to bylem ja! Ale trzymalem sie na kole i nie
odpuszczalem. Wiliam zostal z tylu.
Na zjexdzie z Dwoch Mostow bezskutecznie wypatrywalem
mojego bidonu. Gdzies tam mi przeciez wypadl. Ktos
pracowicie poustawial obok drogi wszystkie zguby, w
liczbie chyba kilkudziesieciu(!), ale mojego nie
bylo. Czyzby znalazca rozpoznal podpis "legendy MTB"
i polakomil sie na taka zdobycz? ;-)
Jadac razem we dwoch przejechalismy spora czesc
drugiej petli. Dzieki Mariusz! Zmobilizowales mnie do
mocniejszej jazdy! Na podjazdach Mariusz jechal
przodem, a ja z wywieszonym jezorem usilowalem nie
zostac zbyt daleko z tylu  A na zjazdach ja wysuwalem
sie do przodu i tak gnalismy. Nawet w pewnym momencie
wylaczylismy myslenie i przejechalismy skret w prawo.
Ale straty byly minimalne, bo to bylo tylko ze 100
metrow i szybko zawrocilismy. Dopiero na drugim
bufecie rozlaczylismy sie. Ja stanalem zatankowac
(mialem niestety tylko jeden bidon), a Mariusz
polecial. I to wystarczylo. Zaczely mnie lapac mini-
skurcze i nie moglem ruszyc w pogon. Dogonilem" go
dopiero za linia mety.
W ostatniej fazie maratonu bardzo deprymujaco
dzialaly na mnie osoby, ktore wyprzedzaly mnie z
predkoscia swiatla. Znikajace punkty. Skad oni biora
tyle sily? Dlaczego ja tak nie umiem? Ale z drugiej
strony pojawili sie dublowani. Na najwyzsze uznanie
zasluzyl facet z proteza, ktorego minalem na jakims
podjexdzie. Chyle czola!
Koncowke maratonu w Karpaczu wymyslil chyba sadysta.
Najpierw w miejscu, gdzie wczesniej byl rozjazd MEGA-
GIGA jakis gosc zapytal mnie, czy jade z MEGA, czy z
GIGA. Jak to?!? To nie widac po mnie? Jakie MEGA?!?
Ja tu walcze na drugim kolku ze skurczami, przeklinam
wlasny rower, morduje sie, a tu takie pytanie? No
dobra. A potem jest sporo szybkich fajnych zjazdow i
pojawia sie "cywilizacja". Domy, ludzie, samochody.
Ani chybi to juz Karpacz. Zaraz bedzie stadion i
koniec. Na asfalcie strzalka - skret w prawo. O
kurcze! Cosik pod gore! Ale to pewnie tylko chwila.
Ale ta chwila ciagnie sie jak spaghetti. Coraz
stromiej pod gore. Koniec asfaltu, szutr, potem luxne
kamienie. O w morde! Ja juz nie chce!!! Okazuje sie,
ze to nie zaden Karpacz, tylko Milkow, a do mety jest
jeszcze z 7 kilometrow i 2 podjazdy. Boli!
W koncu docieram na stadion. Czas 5:24. Piotrek 3
minuty przede mna. Moze gdybym wiedzial. Ale zawsze
sie tak mowi. Zreszta Piotrek odgrazal sie, ze gdybym
go dogonil, to dopiero by mi pokazal! Miejsc nie
znam, ale czuje, ze wynik jest marny. Potem sprawdzam
i okazuje sie, ze jestem 10 minut wolniejszy niz rok
temu. A miejsce? Nastepnego dnia rano sprawdzam w
Internecie: 31 w M4, 234. w Open. Ale masakra!
I co dalej? Karpacz okazal sie zimnym prysznicem.
Poziom znowu poszybowal w gore. Wszyscy jezdza
szybciej, a ja zostalem w miejscu. Do wzrostu poziomu
na poczatku sezonu przyczynila sie tez chyba lagodna
zima. Wszyscy sa wyjezdzeni! W zeszlym roku w
pierwszych maratonach objezdzalem wiele osob, ktore
potem byly przede mna. A teraz ja czuje sie slaby, a
inni fruwaja. No coz, trzeba sie bedzie jakos
pozbierac do kupy!
PS. Jechalem z numerem 4400, na srebrnym, praktycznie
nieskrzypiacym NRS'ie, w szarych, cywilnych,
niepodartych (!) dlugich spodniach i w  koszulce z
Transcarpatii, zakrytej niebieska kamizelka.
--
------------------------------------------------
Luki
http://lukasz.marks.net.pl
Dzien bez roweru to dzien stracony!






Top
 Profile
 
Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 




 Topics   Author   Replies   Views   Last post 
No new posts Karpacz. Relacja. Dlugie.

biodarek

0

0

2010-03-18 21:27:42

No new posts Nieporet. Relacja. Dlugie.

Luki

0

0

2010-03-15 12:20:52

No new posts Ofiara losu ;) - dlugie ...

Tomasz.Machalow

0

0

2010-03-07 22:34:43

No new posts Czytali juz?(uwaga bardzo dlugie!)

Tomasz Domanski

0

0

2010-02-12 20:03:28

No new posts Dieta, odchudzanie, cwiczenia? Poradzcie [dlugie]

Piotrek

0

0

2010-01-10 07:48:48

No new posts Dlaczego powinno sie nosic full zbroje {dlugie}

Cohen the Barbarian

0

0

2010-01-13 08:10:48


Who is online

Users browsing this forum: piotr_ek,work,ali,Seba,zlodziej podatkow, prezenty and 5 guests


New posts New posts    No new posts No new posts    Announce Announcement
New posts [ Popular ] New posts [ Popular ]    No new posts [ Popular ] No new posts [ Popular ]    Sticky pozycjonowanie
New posts [ Locked ] New posts [ Locked ]    No new posts [ Locked ] No new posts [ Locked ]    Moved topic Moved topic
You can post new topics in this forum
You can reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group - Pozycjonowanie